Dzisiejszy wpis będzie na temat tego, co mnie denerwowało a co uszczęśliwiało na początku odchudzania i teraz, z czego musiałam zrezygnować, i z czym było mi najciężej.
Także zacznę od początku. Jak już wspominałam, zaczynając, nie miałam kompletnie wiedzy na temat odchudzania i zdrowego życia. Myślałam, że obcinając kalorie do minimum skutecznie schudnę. Sama się dziwię kiedy to piszę, ale na diecie poniżej 1000kcal wytrzymałam dobre kilka miesięcy... Ale co za tym szło - zmęczenie czy złe samopoczucie. Zdecydowanie odradzam tego typu diety, bo nic one nie zdziałają, a jedynie pogorszą sytuację. Wracając do tematu, byłam tak zmotywowana żeby schudnać, że codziennie jadłam mało kcal, jakoś nie zwracając uwagę na jedzenie. Nie myślałam o nim ciągle. Posiłki były mniej więcej co 2-3 godziny, a kolacja o 18 i nie później, bo tak się naczytałam w przeróżnych artykułach, i tak też powtarzała mi mama. Po 18 jadłam jedynie owoce, w szczególności jabłka, bo też mi tak mama mówiła - że ona schudła nie jedząc po 18, a jak była głodna to jadła właśnie jabłka. Tego też nie polecam, kolację najlepiej spożyć 2-3 godziny przed spaniem. Żeby jeść kolacje o 18, powinnyście chodzić spać o 20-21, a jestem pewna że niewiele z nas kładzie się o tej porze.
Znowu oddaliłam się od tematu. Tak więc tak to wyglądało na początku. Teraz moja motywacja i silna wola gdzieś odleciały, ale próbuję się z powrotem motywować i walczyć ze swoimi zachciankami. Na dzień dzisiejszy, próbuję ograniczyć: owoce, jogurty, chleb, makaron i inne węglowodany proste, no i oczywiście słodycze, ale tych chcę się pozbyć całkowicie.
Na początku odchudzania denerwowało mnie jedynie to, że przez dłuższy czas nie widziałam żadnych efektów. Teraz natomiast, denerwuje mnie to że często przegrywam walkę z samą sobą, poddając się swoim zachciankom, i dlatego się nie poddaję i walczę dalej.
Z czym jest trudniej? Zdecydowanie z dietą, która jest dużo ważniejsza od ćwiczenia, bo podobno można chudnąć nie ćwicząc tylko trzymając makro, a ćwiczenia jedynie ujędrniają ciało, poprawiają kondycje, no i humor. Czasami jest trudno się zmotywować do ćwiczeń, bo przecież można poleżeć na kanapie, pod kocykiem, oglądając swój ulubiony serial (szczególnie w tak paskudną pogodę) ale jednak stawiam na to, że dieta jest trudniejsza, bo o wiele łatwiej jest jednak wstać na tą godzinę i poćwiczyć i "mieć z głowy" że tak powiem, a dietę oczywiście powinniśmy trzymać dzień w dzień, na 100%.
Po jakimś czasie, ćwiczenie zaczęło być dla mnie rutyną, przyjemnością. Wiedziałam, że każdy dzień jest dobry na trening, a na początku do diety nie przykuwałam tak dużej uwagi, bo uważałam że im mniej, tym lepiej, a nie zauważyłam, że jadłam praktycznie same węglowodany, a białka praktycznie w ogóle.
Czy dieta po jakimś czasie zaczęła mi smakować? Hmm, trudno to stwierdzić, ze względu na to że od małego byłam "karmiona" słodkościami, i mogę powiedzieć że się od nich uzależniłam, dlatego słodkości zawsze były dla mnie smaczne. Jak zaczęłam jeść zdrowe obiady, typu kurczak z warzywami i czasem z ryżem, na początku był to przebój, jadłam codziennie, przez dłuugi okres. Wszyscy się dziwili czy nie brzydzi mnie widok kurczaka, bo tyle go jem. Była nawet chwilowa faza, gdzie jadłam prawie na każdy posiłek kurczaka, przynajmniej na 3 z 5. Dość niedawno, kiedy waga stała lub wzrastała nawet. Przesadzałam z tym białkiem, i to grubo, i może dlatego waga wzrastała bo jak wiemy, białko jest potrzebne do budowy mięśni, a ja jedząc tyle białka + nadal sporą porcję węglowodanów, odżywiałam się jakbym robiła masę, tak przynajmniej powiedział jeden z kolegów mojej mamy kiedy mu przedstawiłam jak jem.
Teraz patrząc na kurczaka, czasami myślę sobie jak mam go dość... Ale niestety szkoła zajmuję większość mojego dnia, i nie mam czasu na wymyślanie dań które zajmują dużo czasu, więc właściwie do szkoły biorę kurczaka, w domu pierś gotowana lub z grilla, po jakimś czasie musiało mi się to trochę obrzydzić... A niektóre potrawy przyrządzone dzień wcześniej, nie będą tak dobrze smakować jak te świerzo przyrządzone.
Co do ćwiczeń, nie mam raczej ulubionych, które mogę robić bez przerwy. Na pewnym etapie mojego odchudzania siłownia była dla mnie uzależnieniem, chodziłam codziennie. Dalej lubię chodzić, ale na razie jest kiepsko z pieniędzmi, więc odpuściłam sobie siłownię. Niby mam orbiego w pokoju, ale nie jest to taki dobry orbi jak na siłowni. Poza tym wydaje mi się, że na siłowni o wiele lepiej się ćwiczy, jest ten power bo wiesz że przyszłaś już, i nie możesz się wycofać, skończysz dopiero po zakończonym treningu. Szczególnie kiedy siłownia jest na drugim końcu miasta, i się do niej dojeżdża, także nie mogłam sobie w każdej chwili uciec do domu :D Robiłam też ćwiczenia siłowe, do których teraz wróciłam. Kiedyś ich nie cierpiałam, no po prostu robiąc je, wyłam z nieszczęścia. Teraz powiem wam, że całkiem fajne są, czuje pracujące mięśnie, na nogach zakwasy po przysiadach, dupsko boli, także jest dobrze.
Miałam chwile gdzie chciałam rzucić to wszystko w cholerę, i dać sobie spokój, siąść przed telewizorem i nawpieprzać się. I nie raz tak było, ale po tym miałam wielkie wyrzuty sumienia, i zaraz zabierałam się za ćwiczenia, a na drugi dzień już było idealnie (przynajmniej na początku diety, gdzie moja samodyscyplina sięgała zenitu). Aż do teraz mam tak, że po zjedzeniu jakiegoś "grzeszka" mam wyrzuty sumienia, i czuję się źle ze sobą, bo już wiem że taka mała wpadka może mnie bardzo oddalić od celu.
Mam gorsze dni jak każda z nas - czasem mam motywację i powera, patrzę na te piękne ciała i mówię sobie że będę mieć takie samo, idę ćwiczyć, dietę trzymam na sto procent, ale są też takie dni, kiedy czuję się ze sobą okropnie, nie mam na nic ochoty, wolę leniuchować, patrzę na swoje ciało z odrażeniem. I co że na nie popatrzę w taki sposób? Czy to je poprawi? Czy obrażanie samej siebie, zrobi z nas szczupłe laski? Niestety nie. Musimy spiąć dupsko, i brać się do roboty, czasami trzeba coś poświęcić żeby osiągnąć swój cel!